O autorze
Ekonomista z zawodu, a mol książkowy z wyboru.

Kochankowie

Anne B. Ragde "Kochankowie"
Anne B. Ragde "Kochankowie" Wyd. Smak Słowa
Rozrasta się ta saga rodziny Neshov. Po trzecim i czwartym tomie fabuła wskazywała na zakończenie historii, jednak ku zaskoczeniu wielu pojawiały się części następne. Wydanie „Kochanków” czyli piątej już odsłony losów rodu Neshov. Na szczęście, jak zwykle jest świetnie.


Życie rodziny toczy się dalej. Torunn doprowadza do porządku odziedziczone gospodarstwo, jednocześnie zaś wprawia się w pracę w biurze pogrzebowym wujka Margrida, Erlend i Krumme remontują swoją willę, zaś Tormod spokojnie spędza czas w domu opieki, nareszcie będąc szczęśliwy.

Zdawać by się mogło, że wreszcie bohaterowie dotarli do szczęśliwego finału, że po tych wszystkich rodzinnych perypetiach i niesnaskach wreszcie odnaleźli spokój, a czytelnik będzie obserwował te ostatnie korekty i zmiany, by zamknąć jakiś rozdział za sobą. I w pewnym sensie rzeczywiście tak jest, a przynajmniej jeśli chodzi o większość bohaterów. Wujostwo i Torunn uporało się ze swoimi problemami, osiągnęło jakąś życiową stabilizację, jedyną osobą, która musi przepracować pewne sprawy, jest Tormod. Tormod i jego dorastanie.


„Kochankowie” są więc tym tomem, który najmocniej zagłębiony jest w przeszłości. Dotychczas poszczególne części sagi wracały co jakiś czas do wydarzeń z dawnych lat, pokazywały lub dopowiadały jakieś sprawy i tym sposobem wyjaśniały, dlaczego teraźniejszość wygląda właśnie tak. Ale zawsze było to parę scen, fragmenty dialogów, częściej zresztą skupiały się na przeszłości bliższej niż dalszej.

Nareszcie więc czytelnicy mają szansę poznać początek opowieści, ten moment, gdy naznaczyły się losy wszystkich członków rodziny. A zatem między scenkami z teraźniejszości poświęconym drobnym problemom dnia codziennego (problemy mniejsze lub większe, ale biorąc pod uwagę dramaty z jakimi się zmagali, te obecne to jakiś pikuś) pojawiają się odniesienia do dzieciństwa Tormoda. A biorąc pod uwagę, że dziadek Torunn dorastał w czasie II Wojny Światowej, to domysły w czasie lektury można ze spokojem snuć, a zaskoczenie jest gwarantowane.

Jak zwykle urzeka język Anne B. Ragde. Jest w nim jakaś surowość, oszczędność, która sprawia, że nawet gdy pisze o miłości, to zdaje się, że robi to z najwyższą niechęcią. Ze stron przebija żal, trochę też chłód, choć nie jest to też tak, że Ragde topi swoją powieść w negatywnych emocjach. Raczej autorka stara się żadnych emocji nie ukazywać, skupiając się, by bohaterowie mówili sami za siebie, a jeśli już uczucia się ujawniają, to tak jakby mimochodem, przy okazji. Jest to zabieg świetnie współgrający z mroźnym klimatem Norwegii, jak i z charakterem całej rodziny.

„Kochankowie” tak jak poprzednie tomy kończy się tak, że właściwie nie ma potrzeby pisać tomów kolejnych. Jednak możliwe, że Anne B. Ragde czymś jeszcze czytelników zaskoczy, może znajdzie się jeszcze jakiś wątek wart dopowiedzenia albo jakieś relacje do przedstawienia (przy tej mnogości różnych charakterów aż się o to prosi), więc może warto wstrzymać się z pożegnaniem się z rodziną Neshov.
Marta Kraszewska

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...