O autorze
Ekonomista z zawodu, a mol książkowy z wyboru.

Otchłań

Marcel Woźniak "Otchłań"
Marcel Woźniak "Otchłań" Wyd. Czwarta Strona
Fala zbrodni przechodzi przez Toruń. Miasto powoli staje się siedliskiem bezprawia i rozboju – wszystko za sprawą słynnego gangstera, który niedawno wyszedł z więzienia. Policja potrzebuje całego wsparcia jakie posiada, by znowu go schwytać, ale najskuteczniejszy człowiek, detektyw Leon Brodzki, jest nieosiągalny. Jak złapać kogoś, jeśli samemu siedzi się w więzieniu?


Powoli można zacząć układać mapę Polski według powieści kryminalnych – niemal we wszystkich większych miastach rozgrywa się akcja jakiegoś kryminału. Jest więc Wrocław, zaanektowany chyba całkowicie przez Krajewskiego, jest Miłoszewski każący podróżować Szackiemu z Warszawy do Sandomierza, a stamtąd do Olsztyna, jest i wielu innych. Do tej wyliczanki dołącza Marcel Woźniak, który swoją intrygę umieścił w Toruniu.

Woźniak nie jest pierwszym pisarzem, który umieścił akcje swojej powieści w Toruniu – na toruńskich ulicach rozgrywają się kryminały Małeckiego. Ale można uznać za dziwne, że tylko oni to miejsce uznali za warte umieszczenia swojej intrygi. Pierniki, starówka, stosunkowo małe i zadbane miasto, mające swój urok i tradycje – aż prosi się by w tym uznawanym za spokojne mieście umieścić jakąś zbrodnię, stworzyć swojego śledczego i kazać mu rozwiązywać zagadkę wśród takich okoliczności.


Kryminał Woźniaka wyróżnia się więc miejscem akcji i w sumie to na tyle byłoby z jego zalet. W „Otchłani” trudno się bowiem doszukać jakichś plusów, zwłaszcza, że problemy z lekturą zaczynają się już na samym początku powieści. I owszem, ten tom zamyka trylogię, mam więc na uwadze to, że część zdarzeń i wątków pojawia się tutaj tylko po to, by domknąć historię – coś, co jest istotne dla czytelników wszystkich tomów, ale niekoniecznie dla tych, którzy po raz pierwszy stykają się z prozą Woźniaka.

Nie w tym jednak tkwi mój problem z „Otchłanią”. Oto bowiem powieść Woźniaka napisana została koszmarnym językiem. Czuć, że autor próbuje nadać swojej historii poetyckiej głębi i w losowych momentach wrzuca zdania bogate w liryczne porównania, czym zapewne chce aspirować do kategorii czegoś więcej niż kryminału. Możliwe, że ten przekręt by nawet wyszedł, gdyby nie to, że obok tych pseudopoetyckich porównań są dialogi, naturalistyczne i wulgarne aż do przesady. To pogłębia przepaść między dwoma stylami i sprawia, że całość zgrzyta.

I cóż, nie ma co się łudzić, to nie jest tak, że każdy kryminał musi być świetny językowo – Mróz udowodnił, że takiej potrzeby nie ma, jeśli umie się opowiadać historię. Czytelnik rozumie to i generalnie akceptuje. Czego jednak nie powinien akceptować, to właśnie tych prób łudzenia, że jest się czymś więcej. Nie ma problemu z kiepskim językiem, on się pojawia, gdy ktoś pisze kiepskim językiem, ale próbuje to tuszować, udając, że umie.

Widać to także w samej strukturze powieści. „Otchłań” toczy się dwutorowo – z jednej strony czytelnik ma do czynienia ze zwykłą narracją, z drugiej – śledzi kolejne części reportażu niejakiej Bereniki, warszawskiej dziennikarki z wielkiego wydawnictwa, ponoć nieustraszonej, która do Torunia przyjechała, by napisać o Brodzkim. Ma już ponoć jakieś doświadczenie –co jest powtarzane kilkukrotnie – nie widać tego jednak w samej strukturze reportażu – gdzie Berenika skupia się na nieistotnych szczegółach, pozwala sobie na szarżowanie wyroków przed rozmową czy zadaje nieistotne pytania.

Cała struktura powieści i język „Otchłani” zniechęca do siebie czytelnika, kryminał może się bronić jako tako swoją fabułą. Bo choć wątków, zbrodni i narratorów jest tu bez liku – a kilka z nich nie ma żadnego wpływu na samą intrygę, to przynajmniej ma to ręce i nogi. Zagadka co prawda wielka i skomplikowana nie jest, cała fabuła i dynamika momentami gwałtownie zbliża się do powieści sensacyjnych, ale tragedii nie ma.

„Otchłań” zawodzi. Językowo, strukturalnie, pod względem postaci (o których mówi się, jacy są, ale czytelnik nie ma szans ich poznać), i trochę fabularnie. Możliwe, że czytelnicy poprzednich tomów trylogii będą zadowoleni z takiego zakończenia, a fani będą zachwyceni całą powieścią, jednak wielu się rozczaruje. Zwłaszcza dla tych, dla których „Otchłań” była pierwszym spotkaniem z twórczością Woźniaka – dla nich będzie też ostatnim.
Marta Kraszewska

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...