O autorze
Ekonomista z zawodu, a mol książkowy z wyboru.

Na marginesie życia

Stanisław Grzesiuk
Na marginesie życia
Stanisław Grzesiuk
Na marginesie życia Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Ta książka jest dla mnie niezwykła. Autor pracując nad nią ścigał się z czasem. Umierający na gruźlicę wiedział, że będzie ona jedynym, co pozostawi swoim bliskim, godził się więc na ingerencje cenzury i sugestie wydawnictwa. Dziś jednak możemy przeczytać „Na marginesie życia” bez żadnej cenzury.

Stanisława Grzesiuka nie trzeba nikomu przedstawiać. Jego swoisty „tryptyk Warszawiaka”, czyli trzy książki o życiu mieszkańca Czerniakowa, na zawsze wszedł do kanonu literatury polskiej. Prosty, sowizdrzałowski wręcz styl pisania, szybko trafił do czytelnika, zmęczonego nieco patetyczną formą literatury wspomnieniowej. Tryptyk ten zawiera luźno spisane, bez dbałości o chronologię, przeżycia zwykłego Warszawiaka. Dzieciństwo i młodość, pobyt w obozie koncentracyjnym, wreszcie walka z wyniszczającą chorobą. I ta właśnie choroba sprawiła, że zwykły Warszawiak sięgnął po pióro i w starych zeszytach spisał swoje wspomnienia. Sukces „Pięciu lat kacetu”, a potem „Boso, ale w ostrogach” popchnął schorowanego, umierającego człowieka do opisania przeżyć związanych z trudną walką, walką z gruźlicą.


„Na marginesie życia” to przede wszystkim historia choroby człowieka, ale też wymowne oskarżenie skierowane przeciw niedoinformowanemu społeczeństwu i bezdusznej służbie zdrowia. Zmagania z chorobą, operacje i zabiegi, pobyty w sanatorium. To jedna strona medalu o nazwie „historia choroby”. Drugą stroną jest niemożność utrzymania zatrudnienia z powodu długiej choroby, wykruszająca się liczba przyjaciół i stosunki w państwowej służbie zdrowia. Zaiste, smutna to i nie dla każdego lektura, zwłaszcza, jeśli przeczytamy fragmenty wykreślone z rękopisu. Smutek ten, przebijający się wyraźnie przez opisane anegdoty, to głośne oskarżenie niewydolnej, chyba od zawsze, służby zdrowia. Część lekarzy i pielęgniarek traktująca chorych jako zło konieczne, a szpital, czy sanatorium jako dopust boży, lub prywatny folwark, reakcje chorych na wieść o chorobie lub gwałtownym pogorszeniu stanu zdrowia, próby podziału na chorych lepszych i gorszych i wreszcie świadomość przegranej Autora, wszystko to deprymuje, zwłaszcza kogoś, kto sam walczy z chorobą lub czeka na wyniki badań. Empatia czytelnika zamienia się w projekcję własnego losu, własnej przyszłości, powodując depresję. Walka o życie, pragnienie życia jest bowiem najbardziej atawistycznym odruchem ludzkim. Nawet najbardziej załamany człowiek nie pragnie śmierci, chce żyć, choćby jeden dzień, chce żyć nawet w strachu o jutro. Życie jest bowiem najpiękniejszym darem, bowiem zaskakuje, kryjąc w zanadrzu niespodzianki i prezenty dla nas. Jeśli jednak coś pozbawi nas nadziei…

Spróbujmy więc nie utożsamiać się zanadto z Autorem…. Jest to możliwe.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...