O autorze
Ekonomista z zawodu, a mol książkowy z wyboru.

Gniazdo

Terry Goodkind "Gniazdo"
Terry Goodkind "Gniazdo" Wyd. Rebis
Po brutalnym morderstwie brata i wujka, Kate Bishop niespodziewanie odkrywa, że posiada niezwykłą zdolność – potrafi rozpoznawać zabójców po spojrzeniu im w oczy. Ta umiejętność stała się przyczyną śmierci członków jej rodziny i wszystko wskazuje na to, że teraz to ona jest na celowniku mordercy.


Na szczęście nie jest sama – poznaje Jacka Rainesa, pisarza, który już wcześniej spotkał ludzi ze zdolnością podobną do jej. Autor teorii o superdrapieżcach i aniołach śmierci, które potrafią ich rozpoznawać, jest skryty i ciągle powtarza, że Kate jest w niebezpieczeństwie. Pełna wątpliwości, co do prawdziwych intencji Jacka, Kate rozpoczyna z nim śledztwo, by odkryć prawdę.

„Gniazdo” jest ciekawym przypadkiem. Z jednej strony, nie da się ukryć, wciąga czytelnika, sprawia, że trudno tę powieść odłożyć, bo aż kusi, by się dowiedzieć, co stało się dalej. I w tym może tkwić siła książki Goodkinda, bo jak człowiek weźmie jednego wieczora tę powieść do ręki, tak raczej nie odłoży jej przed końcem. Innymi słowy, możliwe, że dzięki przeczytaniu całej historii na jednym posiedzeniu, nie zauważy jednej rzeczy. Bo jednak z drugiej strony – ta książka jest strasznie głupia.


Terry Goodkind nie jest pisarzem kryminałów. Ani thrillerów. Ani powieści sensacyjnych. Goodkind jest pisarzem fantastyki, w jego dorobku nie było dotychczas chyba żadnych pozycji z innego gatunku, i to czuć, czytając „Gniazdo”. Czuć, że Goodkind eksperymentował z nowym gatunkiem, czuć, że mniej więcej wie, jak jego budowa powinna wyglądać. I w teorii cała konstrukcja jest poprawna – jest śmierć, która otwiera historię, jest śledztwo, które stanowi rozwinięcie opowieści i jest zakończenie, pełne niespodziewanych zwrotów akcji. Ale jednocześnie cała ta historia za bardzo nie ma sensu, zwłaszcza dla kogoś, kto przeczytał ileś kryminałów w życiu.

Bo Goodkind część faktów czytelnikowi oznajmia. Pomijając już kwestie ekspozycji – objaśnianie bohaterce jakby wychowywała się pod kamieniem, jak działa hakowanie czy co to jest darknet, można jeszcze zrzucić na karb ignorancji Kate względem Internetu – to czytelnicy otrzymują mnóstwo poszlak, tropów śledczych, które wypowiadane są jako fakty. Na początku książki policjantka Janek wyjaśnia Kate, do czego dotarła i dlaczego doszła do takich, a nie innych wniosków. I niby wszystko w porządku, tyle że to nie są jedyne rozwiązania, jak sugeruje autor. Czytelnik kryminałów wymyśli na poczekaniu z pięć innych, tymczasem zaś Goodkind nawet nie pozwala swoim bohaterom na niepewność, na sekundę zastanawiania się, czy aby na pewno jest właśnie tak, a nie inaczej. Odgórnie jest powiedziane, że to jedyne wyjście z sytuacji i tylko tak można ją rozwiązać, ale jak się czytelnik zastanowi chwilę, to nagle się okazuje, że albo bohaterowie nie mieli czasu dokładnie przemyśleć sprawy, albo nie są tacy mądrzy, na jakich są kreowani. To trochę przykre i choć rozumiem, że może taki był zamysł autora, że może to miało wzmocnić siłę sytuacji i pozycję bohaterów, ale jednak w odbiorze może działać na szkodę.

Ta cała konstrukcja niestety przysłania koncept, który sam w sobie jest ciekawy. Ludzie potrafiący po oczach rozpoznać, czy ktoś jest przestępcą i nawet dowiadujący się z siatkówek, jakiego rodzaju zbrodnię popełnił? I ludzie, którzy potrafią rozpoznać tamtych stróżów porządku? Z tego mogłaby być fabuła na niezły film, jakby pociągnąć to dobrze, to i starczyłoby pomysłu na jeden sezon jakiegoś serialu kryminalnego. Nawet książkowo nie jest to zły pomysł, trzeba tylko znać się na świecie gatunkowym, w którym tworzy się historię. Inaczej wychodzi coś, co owszem jest ciekawe, ale mogło być o wiele lepsze.
Marta Kraszewska

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...