O autorze
Ekonomista z zawodu, a mol książkowy z wyboru.

Szalone życie Macieja Z

Henryk Waniek
Szalone życie Macieja Z
Henryk Waniek
Szalone życie Macieja Z Wydawnictwo Iskry
Człowiek radia, popularyzator muzyki Cohena, twórca prześmiewczej Ostatniej posługi, współtwórca Rodziny Poszepszyńskich i serialu Siedem życzeń. Moi rówieśnicy już wiedzą, że chodzi o Macieja Zembatego.

Przyznam, że w mojej młodości Maciej Zembaty spełnił dość nietypową rolę. Błękitny prochowiec, w jego tłumaczeniu, a moim wykonaniu, przy akompaniamencie nieco rozstrojonej gitary, był tym, co przełamywało ostatnią barierę w kontaktach z płcią przeciwną. Dziś taka wunderwaffe wydawać się może nieco dziwaczna, wtedy jednak gitara i sznaps baryton potrafił zdziałać cuda. Z tego, ale nie tylko powodu, ucieszyłem się, gdy w zapowiedziach wydawniczych pojawiła się właśnie ta książka. Wiedząc jednak, że sam Maciej Z był typem raczej ekscentrycznym, tworzącym własną legendę, nie spodziewałem się biografii z prawdziwego zdarzenia, więc nie zaskoczyło mnie, iż książka Henryka Wańka jest raczej wspomnieniem pośmiertnym o tym szczególnym człowieku radia.


Ten, kto sięgnie po Szalone życie w poszukiwaniu plotek i skandali, będzie zaskoczony. W tej książce nie ma niczego przed czym nasze prababcie by przestrzegały swoje pociechy. I nie jest to zapewne wynik autocenzury Wańka. Zembaty wprawdzie teoretyzował o tym, że korzystanie z usług cór Koryntu zawsze wyjdzie taniej od sformalizowanego związku, jednak nie ma żadnego namacalnego dowodu, by starał się sprawdzić poprawność tej teorii. Nie unikał natomiast nasz Mistrz napojów wyskokowych, przekuwając niektóre związane z tym zdarzenia w ciekawe, choć zapewne podrasowane anegdoty, jak choćby ta, z baru dworcowego, w którym to kelner mówił wierszem do samego Zembatego i Macieja Karpińskiego.

Cóż więc znajdziemy w Szalonym życiu? Garść anegdot, problemy finansowe Zembatego, opis jego wypadku samochodowego i przykłady autokreacyjnych zabiegów samego Mistrza. Znajdziemy też opis okoliczności powstania niektórych piosenek z płyty Ostatnia posługa, które miały podobno szargać polskie świętości – Chopina i armię, ale tak naprawdę wywoływały śmiech i dystansowały słuchaczy do wszelkich narzucanych im kanonów. Mój ulubiony zaś song o tym, że nad ranem w prosektorium jest najlepsza atmosfera zarówno dla żywych, jak i martwych, okazała się, po latach ze wszech miar słuszna.


I nie możemy chyba stawiać Wańkowi zarzutów, iż napisał wspomnienie pośmiertne, nie zaś biografię…. Na tę chyba długo poczekamy.
Trwa ładowanie komentarzy...