O autorze
Ekonomista z zawodu, a mol książkowy z wyboru.

Normalni inaczej

Tammy Robinson "Normalni inaczej"
Tammy Robinson "Normalni inaczej" Wyd. IUVI
Maddy ma zaplanowane życie. Wie, co będzie robiła dzisiaj, jutro i prawdopodobnie za dziesięć lat. Nie jest to jej wybór, ale dopasowanie własnego życia do potrzeb siostry z niepełnosprawnościami. Odmawiając sobie spełniania marzeń, nie jest gotowa na jakiekolwiek zmiany.


Nie jest gotowa zwłaszcza na pojawienie się Alberta – rówieśnika, bez trudu akceptującego zarówno Maddy, jak i całą jej rodzinę. Chłopak rozumie ją, sam nie mając prostego życia na własnym domowym poletku. I jest gotów walczyć z przeciwnościami losu, bo choć nie mają najbardziej normalnego życia, to kto powiedział, że istnieje tylko jeden wyznacznik normalności?

Z pewnością jedną z większych – aczkolwiek mimowolnych – zalet „Normalnych inaczej” jest miejsce powstania i pochodzenie autorki. Oto bowiem Tammy Robinson jest mieszkanką Nowej Zelandii – co z miejsca dla osób znudzonych zalewem młodzieżówek amerykańskich (ewentualnie brytyjskich) staje się tytułem, który trzeba koniecznie sprawdzić. Z kolei dla tych pięciu polskich widzów (w tym mnie), którzy oglądają nowozelandzkie web series każdy tytuł z Nowej Zelandii wydany po polsku staje się na wagę złota.


Ale czy jest czym się zachwycać? Cóż, robi wrażenie na tych, którzy lubią pełne dramatycznych wydarzeń powieści młodzieżowe. Hasło porównujące „Normalnych inaczej” do „Gwiazd naszych wina” jest nadzwyczaj celne. Jednak jednocześnie owo podobieństwo – trochę sytuacji, trochę klimatu, trochę wreszcie niektórych bohaterów – ciągle krąży gdzieś w tyle głowy, tak więc w pewnym momencie już wiadomo, jak Robinson zakończy swą książkę.

Oczywiście jednak jednocześnie jest to powieść inna od „Gwiazd naszych wina” i te zmiany konstrukcyjne działają na korzyść. Mniej więc tu dramatyzowania sztucznie tworzonego – jak zmuszania bohaterów do wyznań miłosnych pośrodku muzeum Anny Frank – więcej zaś takiego, w jaki wplątani są bohaterowie odgórnie. A więc dramat rodzinny, może i przesadnie skumulowany, ale przecież taki możliwy, przyziemny. Górnolotne hasła pojawiają się, ale Robinson w przeciwieństwie do Greena nie wciska ich w usta wszystkich bohaterów, obdarzając tą patetycznością tylko główną parę, którym można wybaczyć pewną dramatyczność gestów zważywszy na ich wiek. Zaś dramatyczny finał jest tym bardziej dramatyczny, bo pojawia się znienacka, bez informowania, możliwości przemyślenia sytuacji czy porozmawiania. To ten typ zwrotu akcji, gdzie trzeba się trzy razy upewnić, czy nie brakuje jakichś stron, czy przypadkiem czegoś się źle nie przeczytało albo istotnego zapomniało. Bez rozczulania i roztrząsania. Innymi słowy – skojarzenie bardzo dobre i oczywiste, ale nie jest to przełożenie, tylko wejście w ten sam klimat.

Zresztą – jak zwykle bywa w tego typu powieściach – największe wrażenie, najwięcej emocji budzą i tak te wątki poboczne. Nie napięte relacje Alberta z ojcem, ale ten brak porozumienia z bratem – w warstwie dialogowej rozpisany tylko negatywnie, brat będący jedynie kopią swojego ojca, ale pełna przebłysków, takich krótkich zdań Alberta, które ukazują, co stoi za tym i jak przypadkowo, niechcący można skrzywdzić drugą osobę. Wizja Maddy przywiązanej na resztę życia do niepełnosprawnej siostry nie wzbudza tak wielkich emocji, co te mimowolnie wtrącane, niewyeksponowane zdania, o tych drobnych poświęceniach. I wreszcie - to nagłe cięcie wątków przez autorkę, bez słowa, by emocje wybrzmiały dopiero po fakcie. I miło, że pominęła jeden z tych wątków, by nie wzbudzać taniej sensacji.
Marta Kraszewska

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?

Trwa ładowanie komentarzy...