O autorze
Ekonomista z zawodu, a mol książkowy z wyboru.

Dziennik 1957-1966

Sandor Marai
Dziennik 1957-1966
Sandor Marai
Dziennik 1957-1966 Wydawnictwo Czytelnik
Rysunki Goi w podziemiach Prado. Czterysta rysunków, połowa spuścizny. Rysował tak, jak dziś fotografują reporterzy biegający z leicą czy polaroidem na szyi. W ciągu kilku sekund potrafił uchwycić ołówkiem przechadzającego się z lorgnon lwa salonowego ancien regime`u albo kobietę, którą bezczelny policjant napoleoński ciągnie za włosy do więzienia, czy starego mężczyznę rozglądającego się bezradnie na madryckiej ulicy, bo nie rozumie, skąd wokół tyle podłości.

Te słowa Sandor Marai zapisał pod datą 8 sierpnia 1962 roku. Tego dnia gazety na całym świecie doniosły o aresztowaniu jednego z bossów włoskiej mafii, co zostało uwidocznione w Dziennikach z groźnym memento – na Włochów trzeba uważać. Poza tym tego dnia zaprzątały głowę Autorowi wspomnienia jedzonej kuropatwy peklowanej w occie, dania, które przed laty jadł w Avilli, refleksje na temat własnego postrzegania Europy, uprzejmości Hiszpanów, teorii Jungera czy starości, którą Pisarz zdaje się zaczął dostrzegać. A na koniec opis lektury Sołżenicyna, tej, która kilka lat wcześniej zrobiła furorę w Związku Radzieckim. Zaiste, bogaty to dzień i bogate życie duchowe Autora.


Bo i nie byle kto pisał te słowa. Przypomnijmy tym, którzy nie zetknęli się z osobą Maraia. Węierski pisarz i intelektualista, który po krótkim flircie z komunizmem w okresie Węgierskiej Republiki Rad stał się zadeklarowanym antykomunistą, który jednocześnie krytykował inne formy autorytarnych rządów. Dziennikarz i wnikliwy obserwator następującego kryzysu kultury europejskiej i zmierzchu tradycyjnego mieszczaństwa. Na emigracji pracował dla Raia Wolna Europa. Autor znakomitej Księgi ziół i Wyznań patrycjusza, czy Sądu w Canduos. Węgier do szpiku kości, który potrafił wznieść się ponad tradycyjnie pojmowaną narodowość, czy miłość ojczyzny, co w XX wieku, naznaczonym nacjonalizmem, nie budziło zbyt wielkiej sympatii.

Trzeci tom obejmuje drugi okres emigracyjny. Pisarz przebywa już na terenie Stanów Zjednoczonych, właśnie upadło powstanie węgierskie. Rok 1957 jest dla niego ważny, choćby z powodu starań o amerykańskie obywatelstwo. Zapiski z pierwszego półrocza dotyczą głównie tej kwestii oraz obserwacji życia popowstańczej emigracji węgierskiej. Zachwyt Autora nad Ameryką współgrał z żalem nad podzieloną Europą i obawą przed zagrożeniem ze strony komunizmu. Europa się kończy, zdawał mówić Marai, doceniając jednocześnie osiągnięcia kultury europejskiej, które opisywał wręcz po mistrzowsku. W swoim zachwycie Marai nie jest bezkrytyczny. Amerykanie za mało uwagi przywiązują do kultury, interesuje ich pieniądz i konsumpcja, tak więc doskonałe biblioteki czy muzea są tylko warstwą pudru przykrywającą brak wrażliwości na sztukę i płytkość życia duchowego. Nowy Świat i Stary Świat się różnią, to fakt, jednak Marai stara się ten świat nowy wzmacniać sądząc, że ten stary upadnie.


W swojej ojczyźnie Marai określany jest mianem tego, kto dostrzegał dojrzewające owoce przyszłego roku. Mam jednak nadzieję, że wizjoner pomylił się tym razem, delektując się jednocześnie sposobem, w jaki wyrażał swoje przemyślenia, choćby takie jak z galerii Prado. Jak wszelkich Dzienników, książki tej nie sposób przeczytać za jednym zamachem, tym bardziej, że opinie Autora wymagają przemyśleń i konfrontacji, będzie więc dla czytelnika zapewne długim lokatorem stolika nocnego, który pomoże przenieść się do innego świata.

Miłej lektury


Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?

Trwa ładowanie komentarzy...