O autorze
Ekonomista z zawodu, a mol książkowy z wyboru.

Boso, ale w ostrogach

Stanisław Grzesiuk
Boso, ale w ostrogach
Stanisław Grzesiuk
Boso, ale w ostrogach Prószyński i S-ka
Po drugim wydaniu debiutanckich Pięciu lat kacetu, Grzesiu otrzymując honorarium autorskie uznał, że pisanie to fajna praca, bowiem może być wynagradzana kilka razy. Ale nie to chyba zdecydowało o tym, że sięgnął on znowu po długopis i zeszyt. Boso, ale w ostrogach to życiowe motto Autora, który do końca był wierny samemu sobie.

Utarło się, że na czasy Drugiej Rzeczpospolitej powinno się patrzeć idealizując te lata. Mówimy więc o sukcesach, o Gdyni, Centralnym Okręgu Przemysłowym, boomie kulturalnym tych czasów, zapominając jednocześnie o tym, że nie było to lata sprawiedliwości społecznej, że w czasach tych bezrobocie było na porządku dziennym, a zwykły człowiek nie ufał zbytnio policji. Prawa o tej drugiej stronie medalu spotyka się często z ripostą, że stanowiła ona przewodni motyw peerelowskiej polityki historycznej. Na szczęście ukazują się relacje, którym trudno postawić zarzut świadomego działania na rzecz peerelowskiej propagandy. I do nich właśnie należy Boso, ale w ostrogach, książka, która nie spotkała się ze zbyt wielkim entuzjazmem ze strony partii rządzącej.


Czerniaków. Dzielnica świeżo włączona do Warszawy. Brak kanalizacji, woda wożona w beczkach, jednoizbowe, ciasne mieszkania, mnogość lokali oferujących alkohol i brak choćby jednej biblioteki. To nie propaganda, to fakt. Dorastanie w tej dzielnicy kształtowało charakter, tu spory załatwiano we własnym gronie, zgodnie z panującą zasadą, że kapować nie wolno. I właśnie taki obraz przedwojennej Warszawy przedstawia nam Autor. Zaiste, smutne to było miasto, gdzie młodzież po wczesnym zakończeniu edukacji wkraczała w dorosłe życie, początkowo szukając uczciwej pracy, a potem, nie mogąc jej znaleźć, zaczynała kraść wiedząc, że ta droga prowadzi prosto do więzienia. Jakże inny świat znajdował się kilka ulic dalej. Duże, ładne mieszkania, mieszkający w nich ludzie mają prace, które dają im perspektywy na przyszłość. Te dwa światy zderzały się tylko przez przypadek. Dwa obce plemiona mieszkające w jednym mieście, nieufne względem siebie i podejrzliwe.

Czy nam się to podoba, czy nie ta rzeczywistość dwudziestolecia międzywojennego była aktem i o niej właśnie pisze Grzesiuk. Twarde dzieciństwo na Czerniakowie, gdzie autorytet należało wywalczać sobie siłą charakteru i często pięściami, szkoła, która nie potrafiła przygotować do życia, bieda, alkohol i wreszcie ta jedna, jedyna szansa zmiany swojego losu. Praca i nauka zawodu, majster, który stał się autorytetem, zetknięcie z tzw. lepszym światem. Te miodowe lata, zakłócane przymusowymi obozami przysposobienia wojskowego, przerwała wojna. Ta sama, która zaprowadziła Autora na pięć lat do obozu koncentracyjnego.


Czytając tę książkę trudno pozbyć się wrażeniu, że właśnie te przedwojenne lata przygotowały naszego bohatera do koszmaru obozu. Miganie się od ćwiczeń na obozach PW niewiele różniło się od unikania ciężkiej, morderczej pracy w kamieniołomach Mauthausen. Bójki uliczne nauczyły unikania ciosów, które mogły pozbawić go życia. I ta zasada, by nie tracić nadziei i dobrego nastawienia do życia…..

I tylko nie mogę zrozumieć, dlaczego ta cenzura wstrzymywała wydanie tej książki? Może przez ten jeden jedyny cytat? „ Nie znosiłem bezwzględnej dyscypliny, która pozbawia człowieka własnej
inicjatywy. Dyscypliny, która każe prężyć się przed innym człowiekiem, mimo że
uważa się go za głupszego od siebie. Natomiast chętnie podporządkowuję się
poleceniom takiego człowieka, który potrafi zaimponować mi wiedza i twardym
charakterem.”



Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?

Trwa ładowanie komentarzy...