O autorze
Ekonomista z zawodu, a mol książkowy z wyboru.

Szorstkie wino

Jean-Claude Carriere
Szorstkie wino
Jean-Claude Carriere
Szorstkie wino Wydawnictwo Drzewo Babel
W listopadzie winiarze zlewali nowe wino. Były to czasy, kiedy każdy winiarz wyrabiał inne. Wieczorami zapraszali się wzajemnie do domów i próbowali swoje wina, pogryzając pierwsze w sezonie kasztany. Takie wino nazywano „szorstkim”. Nie do końca sfermentowane, miało w sobie jeszcze jakieś dziecinne nieokrzesanie, nieco chropowatą piankę, meszek, pod językiem zostawiało coś, co nie miało długo przetrwać, coś niewykończonego, przemijającego, jakby ten winny noworodek krył się jeszcze przez chwilę przed zgiełkiem świata.

Już od pierwszych słów tej książki nabieramy pewności, ze czeka nas literacka uczta, to powolne czytanie, delektowanie się każdym zdaniem i wyobrażanie sobie scen, które tak plastycznie nam Autor przedstawia. Cóż bowiem może bardziej fascynować niż obraz świata, którego nie ma? I właśnie w ten świat, świat swojej młodości wprowadza nas Jean-Claude Carriere, wybitny francuski pisarz i scenarzysta.


Francja. Kraj, który kojarzymy głównie z Paryżem, miastem sztuki, wielkiej polityki i grzechu. Sprowadzając cały kraj do jednego miasta, czy regionu dokonujemy zbędnych uproszczeń i nigdy chyba nie poznamy do końca kultury francuskiej. Bowiem Francja to przede wszystkim prowincja, gdzie czas płynie znacznie wolniej, ludzie mają czas, by wieczorami spotkać się przy szklaneczce wina, lub by zagrać w bule, powspominać czy poplotkować. Właśnie w takiej zapadłej prowincji urodził się autor tej książki. Colombieres-sur-Orb, wieś leżąca w Langwedocji liczyła w roku narodzin Autora nieco ponad trzystu mieszkańców. W tak małej społeczności wszyscy się znają, a szacunkiem darzy się nie tylko księdza, czy nauczycieli z lokalnej szkoły, ale też, a może i przede wszystkim, tego, kto potrafi sprawnie zarżnąć i oporządzić utuczoną świnię i tego, kto potrafi robić dobre wino. Wino bowiem jest nie tylko napojem, to sztuka życia. Dla Francuza obiad bez wina jest czymś wbrew naturze, jest czymś nie do pomyślenia. Co innego wino bez obiadu. A przecież tradycje uprawy winnych szczepów region zawdzięcza wcześniejszej obecności Greków i hiszpańskiego zwierzchnictwa. Winem z Langwedocji napełniano manierki żołnierzy francuskich z obu wojen światowych, chętnie było też pite przez robotników, zachęcanych niezbyt wygórowaną ceną. To właśnie wino, kasztanowce, oliwki, kury, polowania czy kłusownictwo było codziennością mieszkańców wsi. Do tego zabawa, lokalni dziwacy, marzenia o bogactwie i współczucie dla tych, z którymi los się nie pieścił. To treść książki, którą można nazwać relacją ze świata widzianego oczami dziecka. W tym świecie żyło się skromnie, ale nikt nie doświadczał głodu.

Wyidealizowany obraz? Być może. Pamięć płata figle, karze zapomnieć o rzeczach przykrych, wyrzuca je nam z systemu. A dzieciństwo musi być piękne, tym bardziej, że pamiętamy tylko niektóre epizody, które złożone w całość dają ułudę panującej szczęśliwości. A może z perspektywy czasu te problemy kilkulatka wydają nam się śmieszne?


Nieważne…. Książka jest ważna.



Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?

Trwa ładowanie komentarzy...