O autorze
Ekonomista z zawodu, a mol książkowy z wyboru.

Władca Piasków

Eliza Drogosz "Władca Piasków"
Eliza Drogosz "Władca Piasków" Wyd. Poligraf
Sonia wyjeżdża na obóz wakacyjny do Egiptu. Czeka na nią wielka przygoda, okazja, by poćwiczyć angielski – wszak grupa międzynarodowa – i poznać nowych ludzi. Już pierwsze dni pokazują jednak, że tym wakacjom daleko będzie od normalności. Opiekun ma dziwne pomysły, z urywanych podsłuchanych słów wyłania się niepokojący obraz, a Sonia widzi rzeczy, których inni zdają się nie dostrzegać.

Dziwnościom i tajemnicom nie ma końca. Nowo poznany Oliver zdaje się wiedzieć więcej niż się przyznaje, do tego pojawia się ni stąd ni z owąd wszędzie tam, gdzie jest potrzebny i wyciąga Sonię z najróżniejszych kłopotów, choć jednocześnie traktuje ją i cały ten obóz jak zło konieczne. Dziewczyna otrzymuje sprzeczne i podejrzane informacje ze wszystkich stron, nie wie, komu ufać i w co wierzyć [zwłaszcza, że połowa opowieści brzmi absurdalnie]. Słowem – z dnia na dzień obóz staje się coraz bardziej emocjonujący, ale i niebezpieczniejszy.

„Władca Piasków” to pierwszy tom serii młodzieżowej o egipskich bóstwach. Generalnie adaptowanie mitologii na współczesne powieści młodzieżowo-przygodowe to domena Ricka Riordana, no ale każdemu wolno próbować. Zwłaszcza, że jest z czego czerpać, bo starożytne mity to skarbnica motywów, archetypów i inspiracji, a do tego adaptowane ich na dzisiejsze czasy to mnóstwo zabawy, łamigłówek oraz testowania własnej kreatywności [nie mówiąc już o tym, jak można bawić się, reinterpretując je na nowo i przesuwając akcenty].

Dlatego pomysł Drogosz, by osadzić akcję w Egipcie i sięgnąć po egipską mitologię, był dobry. Tajemniczość unosi się nad fabułą, nikt nic nie wie, a ci co coś wiedzą, nie dają tego po sobie poznać – a więc są szepty, są jakieś przypuszczenia, jedni na drugich zakładają zasadzki, gdzieś tam się jakby snują jakieś duchy, część wydarzeń nie da się wyjaśnić niczym innym jak magią, ale nikt nic nie tłumaczy, więc w sumie nic nie wiadomo. Koncepcja autorki jest prosta – wrzucić czytelników i bohaterów w sam środek fabuły i każąc im się samemu połapać w tym, co tu się właściwie dzieje. Nie jest to głupie, problem zaczyna się, jednak, gdy Drogosz, a za nią i jej bohaterka, zdaje się sama gubić w akcji.

Logika pognała w las [raz na jakiś czas wraca, ale fabuła swoje a związki przyczynowo-skutkowe swoje], a Drogosz próbuje się połapać, co się dzieje. Część informacji jest już dla czytelników jasnych – kawałki tych puzzli poskładać nie jest trudno – i wydaje się, że oczywiste są także dla bohaterów. I nagle się okazuje, że bohaterka nie wie tego, co wydawało się jasne dla odbiorcy. Jest także i odwrotnie – bohaterowie zdają się wiedzieć, co robią, sensu [bo brakuje informacji] nie widzą w tym czytelnicy. Na szczęście raz na jakiś czas pojawia się Zły, który streszcza swój demoniczny plan, więc idzie się połapać. Tak mniej więcej wygląda strukturalnie „Władca Piasków”.

Koniec daje jednakże sporo możliwości. I nie, nie chodzi o otwarte zakończenie, ale o to, kim okazała się jedna z postaci. Zdaje się, że Drogosz postanowiła sięgnąć po mniej oczywisty wybór/rozwiązanie, co daje trochę nadziei, by trzymać kciuki, by nie wyłamała się ze swojej decyzji i postanowiła jak najbardziej z niej skorzystać – by dzięki temu oderwać się od kliszy i uczynić swoich bohaterów bardziej interesujących.

Jest tu mnóstwo „grzeszków” początkującego pisarza. Począwszy od opisywania każdego bohatera [pełen pakiet w opisie – wygląd, ubiór, krótka charakterystyka, oczywiście dane osobowe], poprzez liczne powtórzenia i cliffhangery na końcu każdego rozdziału, aż po szkolny język oraz klisze fabularne i postaciowe. No, ale niech rzuci książką ten, który, zaczynając pisać, sam tak nie robił. Być może mam nieco zaburzoną perspektywę przez to, że sama znam te początki i z doświadczenia wiem, że nawet, jeśli wszystko wskazuje na tragedię pisarską i beznadzieję w pełnym tego słowa znaczeniu, to są tylko pozory i że są to początki.

Czy jest to książka tragiczna? Cóż, nie da się ukryć, że przydałaby jej się silna korekta, może całkowite napisanie od nowa, by uniknąć wpadek stylistycznych, językowych i dziwnie brzmiących fragmentów, jednak jak na czternastolatkę – tyle miała Eliza Drogosz pisząc pierwszy tom – jest nieźle. To poziom opowiadań zamieszczanych w Internecie i pisanych przez początkujących – poziom, od którego większość z nas zaczynało. Styl wyrabia się z wiekiem i z doświadczeniem, język poprawia, a sam warsztat pisarski zazwyczaj jest coraz lepszy, więc nie ma co rozpaczać, że pozwolono tak młodej dziewczynie coś wydać. Zwłaszcza, że gdzieś tam jest potencjał.

Owszem, „Władca Piasków” jest falstartem. A jednak trudno odmówić Drogosz odwagi i determinacji – by napisać ponad czterystustronicową powieść, przekonać wszystkich naokoło, by jej to wydali i rodziców, aby pokryli koszty. Może nieco przeceniła swoje siły i końcowy efekt pracy. Historia ma jednak potencjał i choć prawdopodobnie autorka, jak każdy, kto publikował swoją pierwszą, daleką do doskonałości, twórczość [choć raczej w Internecie], pewnie będzie wspominać początki z zażenowaniem, to cóż, mleko się wylało. I powtórzę – historia ma potencjał, a prawie każdy autor wyrabia się wraz z czasem – tak więc można z nadzieją spojrzeć na Drogosz. Kiedyś nas pewnie ta młoda autorka zaskoczy. Może nie w ciągu następnych lat, ale gdy już się wyrobi, będzie z niej pożytek.
Marta Kraszewska

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?

Trwa ładowanie komentarzy...