Strażnicy światła

Abby Geni "Strażnicy światła"
Abby Geni "Strażnicy światła" Wyd. Kobiece
„Za każdym razem, gdy coś pamiętamy, zmieniamy to. Taka już natura naszego mózgu. Wyobrażam sobie wspomnienia jako pomieszczenia w domu. Kiedy wchodzę do środka, nie mogę się powstrzymać przed zmienianiem pewnych rzeczy - roznoszę po wnętrzu błoto, przesuwam meble, kopnięciem wzbijam w powietrze kłębki kurzu. Z czasem te drobne zmiany się kumulują.”

Miranda przeprowadza się na Wyspy Farallońskie, archipelag niedaleko wybrzeża kalifornijskiego. Chce następny rok przeżyć w spokoju, z dala od gwary, by przemyśleć swoje życie, a przy okazji uwiecznić dziką przyrodę na zdjęciach. Towarzyszy ma niewielu – wyspy, oprócz zwierząt, zamieszkuje jedynie sześcioro naukowców, biologów. Nieco ekscentryczni, z czasem zaczynają Mirandę niepokoić, zwłaszcza, gdy doświadcza przemocy od jednego z nich.

„Strażnicy światła” zostali okrzyknięci „debiutem roku 2016” według znanej i cenionej księgarni Barnes & Noble. Takie wyróżnienie to jest coś i słusznie polski wydawca tym właśnie zachęca czytelników do sięgnięcia po powieść. Szkoda tylko, że sam jakże wspaniały i oszałamiający debiut jest po prostu nudny.

Abbi Geni pisała prawdopodobnie kryminał – tak wynika z klasyfikacji powieści – jednak prawdopodobnie zapomniała, że umieszczenie trupa [w połowie!] książki nie wystarczy. Popełnia standardowe błędy pisarskie, sama wytrącając sobie asy z rękawa.

Bo i owszem, opisy przyrody bywają fascynujące, niektóre są prawie że malarskie, ale niczemu nie służą. I owszem, zgodziłabym się na kwestie estetyczne – nie można żyć samą historią, tło, obraz też jest ważny – gdyby takowa estetyka w ogóle zachodziła w tym tekście. Tyle, że nie – Geni zawsze brakuje by uzyskać jakikolwiek efekt posługując się opisami. Być może te wszystkie mgły miały pogłębić grozę i niepokój, być może te skały miały powodować strach i poczucie niebezpieczeństwa, ale niestety to nie działa w „Strażnikach światła”.

Może przez to, że nie ma żadnej korespondencji między opisami a fabułą. Tło dla całej opowieści rzeczywiście nie jest dla człowieka przyjazne, ale cóż z tego, skoro autorka na zmianę to przypomina o tej dzikości, o tej grozie, to podsyła obrazki z życia narratorki powieści – jej snucie się po wyspie, robienie zdjęć, spanie, przygotowanie posiłków. Grozy brak, jest za to nuda, bo oto upływa sześćdziesiąta strona, trupa nie ma, a jedyne co się wydarzyło, to bohaterka straciła jeden ze swoich aparatów.

Ta sytuacja nie zmieni się aż do końca książki, bo chwilowa akcja szybko zostaje przykryta kolejnym snuciem się, refleksjami udającymi filozoficzne i opisami przyrody podany w najgorszy możliwy sposób – zbyt szczegółowy, który początkowo może i ciekawi, ale z czasem staje się nużący i usypiający. Jedynie finał wynagradza całą książkę.

„Strażnicy światła” to zmarnowany potencjał. Autorka miała świetny pomysł, ale zniszczyła efekt, przesadzając w kolejnych aspektach. Opisy przyrody mogły niepokoić, ale zbyt często Geni sięgała po ten chwyt, w dodatku nie szło to w parze z fabułą. Historia sama w sobie nie musiała nudzić, bo co może być bardziej interesującego niż osamotniona wyspa, z kilkoma ludźmi próbujących zachować pozory normalności, podczas gdy zło wewnętrzne tylko czeka na to, by się ujawnić? Tyle, że ze strony Abby Geni zabrakło równowagi między partiami tekstu, zabrakło większej dynamizacji opowieści.

Oczywiście, są czytelnicy, którym „Strażnicy światła” przypadną do gustu – sądząc po recenzjach, jest ich całkiem sporo. Ale nie dla każdego jest ten debiut z ambicjami, ale z zawiedzionymi nadziejami. Może czas poczekać na kolejną jej powieść, może tam talent – który gdzieś tam jest - Geni ukaże się w pełnej krasie.
Marta Kraszewska

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?

Trwa ładowanie komentarzy...