Immunitet

Remigiusz Mróz "Immunitet"
Remigiusz Mróz "Immunitet" Wyd. Czwarta Strona
Jako osoba uwielbiająca kryminały musiałam wcześniej czy później natknąć się na nazwisko Remigiusza Mroza. Zwłaszcza, że kilkukrotnie jego powieści trafiły już do rąk mojego taty, a opinie raczej były pozytywne. Dlatego, gdy dowiedziałam się, że wychodzi nowa książka – trzecia czy czwarta w tym roku – postanowiłam spróbować. I cóż – jestem zachwycona.

Już sam początek zaczyna się z wielkim hukiem. Oto jeden z sędziów Trybunału Konstytucyjnego zostaje oskarżony o zabójstwo człowieka. Jednak nigdy nie spotkał swego rzekomej ofiary, mieszkał kilkaset kilometrów od miejsca zbrodni, a w Krakowie, jak twierdzi, był jeden jedyny raz na pogrzebie Lema, ale pomimo tego zostaje wszczęte śledztwo. Zwraca się więc do koleżanki ze studiów, Joanny Chyłki.

Choć wydaje się, że szybko uda się udowodnić niewinność klienta, im dalej w las tym dobitniej Chyłka, zmagająca się z chorobą alkoholową, uświadamia sobie, że trafił jej się klient z piekła rodem, a śledztwo zaczyna zmierzać w bardzo dziwnym kierunku.

„-Jest winny jak ocet bez dwóch zdań?
- Nie cytuj klasyków w takim miejscu, Zordon.”

„Immunitet” to czwarta część cyklu o Joannie Chyłce – bezwzględnej i inteligentnej adwokatce pracującej dla jednej z najlepszych kancelarii w Polsce. To bohaterka, którą trudno polubić – choć wyczuwa się w niej specyficzną żeńską wersję Sherlocka Holmesa, jest trudna w nieco inny sposób. Zawsze kąśliwa i wykorzystująca innych ludzi, niejednokrotnie grająca na emocjach bliskich po to, by coś uzyskać. Zdobywa uwagę czytelnika swoim sposobem myślenia, celnymi docinkami i bystrym umysłem, jednocześnie jednak trudno patrzeć na nią z sympatią biorąc pod uwagę jej metody działania.

I pewnie dlatego Mróz dał jej towarzysza – Kordiana Oryńskiego, młodego aplikanta i byłego pomocnika Chyłki w sprawach. To jej Watson, niejako tłumaczący czytelnikowi, o co chodzi. O wiele bardziej ludzki, mniej wyrachowany budzi sympatię nadrabiając za swoją szefową dwakroć. Stanowi też miłą przeciwwagę dla całej rzeszy postaci, które przewijają się przez książkę – sędziów Trybunału Konstytucyjnego, polityków, prawników – wszystkich przyzwyczajonych do reguł rządzących tym światem. Oryński mimo pracy z Chyłką wydaje się być mniej dotknięty syndromem obojętności, może dlatego mocniej czytelnik może się z nim identyfikować w tej bezwzględnej rzeczywistości.

Sama historia angażuje całkowicie. Miło, że pisarze powoli odchodzą od mody na kryminał skandynawski i wracają do powieści detektywistycznej – a przynajmniej do jednej z jej odmian, bliskich jednak samemu gatunkowi - gdzie najważniejsze jest kto zabił, jak i dlaczego. I Chyłka i Oryński próbują wybronić swojego klienta, ale by to zrobić, muszą odpowiedzieć sobie na te trzy pytania. A że Mróz prowadzi akcję z pomysłem, to nie czytelnik nie kręci się w kółko, nie ma też szans, by wpadł na rozwiązanie zagadki przed prawniczym duetem. Nie ma szans na nudę.

Remigiusz Mróz zaskakuje. Choć wydaje sporo – doliczyłam się czterech tytułów w tym roku, ale możliwe, że coś mi umknęło – nie traci na jakości. Powieść jest solidnie napisana, wciąga, a akcja nie idzie po najmniejszej linii oporu. Udowadnia swój talent – czyżby szykowała się nam nowa gwiazda wśród autorów powieści kryminalnej? – zarówno poprzez sposób prowadzenia historii, jak i umiejętnością zaangażowania emocjonalnego czytelnika – nawet dla mocno nieobeznanego jak ja, dla której czwarta część jest pierwszą, po którą sięgam – nie korzystając przy tym z tanich sztuczek.

Innymi słowy, to porządnie napisany kryminał, a o wbrew pozorom coraz trudniej. Dlatego należy się cieszyć, że póki co Mróz potrafi zaskoczyć czytelnika i że wydaje sporo, dzięki czemu pewnie za parę miesięcy będzie można sięgnąć po kolejny tom opowiadający o losach Chyłki. A tymczasem można sięgnąć po którąś z jego powieści i cieszyć się z jakości. I podjąć kolejną próbę rozwiązania zagadki przed bohaterami. Może kiedyś się uda.
Marta Kraszewska

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?

Trwa ładowanie komentarzy...